logotype

Droga krzyżowa na rozpoczęcie Wielkiego Postu.

Wielki Post to czas modlitwy, postu i jałmużny. Przypomina w ten sposób drogę krzyżową Jezusa, prowadząc do Jego śmierci na krzyżu. Podejmując trud pokuty przybliża się zbawienie. Wielki Post prowadzi do tego, co najważniejsze. Żeby nie pozostać jedynie obserwatorem lub co gorsza oprawcą Jezusa, trzeba się zaangażować, co praktycznie przekłada się na uczynki miłosierdzia, a zwłaszcza modlitwę, jałmużnę i post. Wielki Post przypomina drogę krzyżową Jezusa zarówno przez przypominanie jej przebiegu, jak i przez zaangażowanie.

stacja 1. Skazanie Chrystusa na śmierć za moje grzechy, których nie chcę uznać, za które nie chcę pokutować. Przyjmuje On pokornie niesprawiedliwy wyrok – tym bardziej mi trzeba przyjąć sprawiedliwy. Trzeba zgodzić się, że potrzebuję pokuty jako sprawiedliwego sądu za moje grzechy. W tej stacji chcę dokonać sądu nie jak Piłat, który szukał własnej wygody, ale sprawiedliwie, że nie modliłem się jak należy, nie pościłem, nie dawałem jałmużny. Grzechami przyczyniałem się do niesprawiedliwego wyroku na Chrystusa, to chociaż przez pokutę chcę to nadrobić.

stacja 2. Trzeba wziąć krzyż modlitwy, postu i jałmużny. Nie jest on tak ciężki jak Chrystusa, na którym dokonał On zbawienia świata, ale dla mojego zbawienia powinno wystarczyć. Ciężaru krzyża nie mierzy się jednorazowym jego podniesieniem, ale przez regularne niesienie. Chrystus nie odrzuca krzyża, tak więc i ja nie mogę go odrzucić. Codzienna modlitwa, nawet gdybym nie czuł żadnych emocji, jałmużna, o której nie wiem czy faktycznie pomoże komuś czy wreszcie dokuczliwy post. Niesienie krzyża polega na wierności, nie na spektakularnych wydarzeniach. Podejmujemy krzyż wielkopostny przez większe umartwienie.

Drugie czytanie z ostatniej niedzieli to Hymn o miłości św. Pawła. Jest to jeden z najpiękniejszych fragmentów Biblii, wychwalający miłość i jej cechy na tle, czym ona nie jest. Nie wolno zapominać o pierwszym określeniu tego fragmentu, a mianowicie że jest to hymn, a więc z definicji coś co służy do śpiewania. Zawsze miłość łączyła się z formą śpiewaną. Rodzą się skojarzenia z wyznaniami miłości w formie śpiewanej „pod balkonem ukochanej Julii”. Muzyka wyraża i potęguje emocje, dlatego pozwala wyrazić lub uwydatnić stany duszy trudno osiągalne zwykłymi słowami. To właśnie dzięki muzyce można wyznać miłość lub wylać duszę w cierpieniu (np. Gorzkie Żale w polskiej tradycji). Nic na pogrzebie tak nie utuli żalu jak właśnie odpowiednia muzyka. Miłość przekracza miarę słów, posiada nadwyżkę znaczeniową niemożliwą do wypowiedzenia i dlatego domaga się jakiegoś jeszcze działania. W przypadku głosu ludzkiego, owym „więcej” jest śpiew, mówienie „do potęgi drugiej”. Ponadto śpiewanie możliwe jest dzięki wzmocnieniu siły głosu. Rzeczywiście śpiewając, mówimy mocniej nie tylko dzięki głośności, ale także poprzez wagę czy wartość słów. Taką funkcję spełniały poematy, w których wyśpiewywano mityczne wydarzenia fundujące jakiś naród czy podstawy religijne. Śpiewając stajemy się poniekąd bardziej ludźmi, ponieważ odkrywa się przed nami nasza istota w aspekcie diachronicznym, podnosimy duszę, otwieramy ją na coś więcej i dążymy do tego całym sobą. Poprzez muzykę wypełniamy przykazanie miłości bliźniego, bo dajemy mu coś czego sam sobie dać nie może. Następuje komunikacja poprzez muzykę, wykonywaną zawsze dla kogoś. Muzykować można tylko wspólnie i ma ona wyjątkową zdolność tworzenia wspólnoty.

W pierwszym czytanie Bóg, oceniając naród wybrany, powtarza, że nie przestanie domagać się od niego sprawiedliwości. Ma ona zabłysnąć jak zorza (Iz 62, 1), żeby stać się przyczyną zbawienia innych narodów. Dzięki temu Bóg potwierdzi swoje wybranie i poślubi Izrael na wieki. W tym tekście szczególnie została podkreślona nieustępliwość i wytrwałość Boga w walce o prawdę czynioną w życiu, czyli sprawiedliwość. Bogu nie jest obojętne, jak postępują Jego wybrani. Im większą godność ktoś otrzymał od Niego, tym bardziej sprawiedliwy musi się okazać. W Ewangelii słyszymy opis cudu w Kanie Galilejskiej. Brak wina na weselu można zinterpretować w kluczu braku prawdy w społeczeństwie ludzkim. W drugim czytaniu św. Paweł mówi o jednym Duchu, który jest przyczyną wielu darów, co z pewnością znajduje swoje zastosowanie w społeczeństwie. Z drugiej strony mamy świadomość istnienia innego ducha, który rozlicznymi kłamstwami zatruwa atmosferę między ludźmi i powoduje zamiast jedności – podział (rozpoczął się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan). Dlatego to rozważanie chciałbym poświęcić zagadnieniu kłamstwa panującego między ludźmi na różnych poziomach społecznych. Problem ten jest bardzo aktualny w świetle wydarzeń politycznych w naszym kraju. W kontekście wojny medialnej coraz lepiej uświadamiamy sobie stopień zakłamania w Polsce na przestrzeni ostatnich lat. Kłamstwo przenika nie tylko politykę, gdzie co prawda najwyraźniej daje ono o sobie znać, ale także wszelkie inne sfery życia ludzkiego, aż po relację z Bogiem i z samym sobą. Te ostatnie relacje są kluczowe, chociaż najtrudniej jest to zauważyć.

rocznica chrztuW tym roku podczas Święta Chrztu Pańskiego nie sposób nie odnieść się do chrztu Polski, kiedy w 966 roku Mieszko (łac. Mesco, Mieczysław wg Gala Anonima i później w Żywotach Świętych) zawierzył Polskę Chrystusowi. Nasz własny chrzest wpisany jest bowiem nie tylko w kontekst religijno-indywidualny, ale także religijno-społeczny i narodowy. To, że możemy być ochrzczeni, wynika z konkretnego uwarunkowania historycznego, że wiara w narodzie polskim została zaszczepiona. Sam termin chrzest Polski jest analogiczny, czyli odnosi się do wydarzenia chrztu księcia Mieszka i związanych z tym konsekwencji dla jego dworu i z kolei dla całego rodzącego się wówczas narodu. Chrystianizacja ludności dokonywała się stopniowo i powiodła się dzięki twórczej współpracy samych Polaków. Od tamtej pory stanowimy naród chrześcijański, który przekazywał wiarę z pokolenia na pokolenie bez przerwy w łańcuchu świadectw.

Najgłębsza treść świąt Bożego Narodzenia zakłada Bóstwo Nowonarodzonego Jezusa. Odkrycie Go stanowi samo sedno tych świąt, jak i zresztą całej wiary chrześcijańskiej. Dlatego nie wystarczy poprzestanie na opisowym przedstawieniu sytuacji: żłóbku, sianku, sceny z Maryją, Józefem i pasterzami, a potrzeba sięgnąć po coś głębszego. Nie deprecjonuje to w żaden sposób fenomenologicznego charakteru świąt Bożego Narodzenia i jego niezwykłej atmosfery, co przynależy do ludzkiej natury Jezusa, ale ją pogłębia. To właśnie z największej łączności, chociaż bez zmieszania ludzkiej natury i boskiej w Jezusie bierze się zbawienie ofiarowane człowiekowi.

Jan Paweł II mówił, że człowieka nie można zrozumieć bez Chrystusa. Dzisiaj należałoby dodać, że nie można go zrozumieć bez Dzieciątka Jezus. To ono wskazuje nam na tajemnicę naszego człowieczeństwa. Ludźmi się rodzimy, ale do końca nie wiemy, co to znaczy. Wiemy, że trzeba dążyć do nieustannego wzrostu, że istnieje jakiś proces stania się osobą ludzką, że są zadania na miarę człowieka. Nie jest to zupełnie abstrakcyjne, bo zostaliśmy wyposażenie także w ukryte siły działające niejako naturalnie, z którymi trzeba współpracować. Z drugiej strony jednak łatwo się gubimy i zapominamy o własnym wzniosłym powołaniu. Bóg, który się rodzi, objawia, ile piękna jest w człowieku i jego istnieniu na świecie. Jeśli to piękno złączyć z przyjściem na świat Boga, to światłości nie będzie końca. Niewielki płomień świecy adwentowego oczekiwania przemienia się w światłość przychodzącego życia. Boże Narodzenie i każde narodzenie wydobywa z człowieczeństwa potężną siłę duchową, dobro, aby się nim dzielić, stawać po stronie światła. Człowiek w nowonarodzonym Jezusie widzi swoją transcendencję, czyli że znaczy coś więcej, aniżeli się domyśla, czy wynika to z jego dotychczasowej historii (czasem tragicznej). Że istnieje powołanie do pełni człowieczeństwa, jakieś DNA duszy, które uzdalnia ją do relacji z Bogiem. Doświadcza jednak tego na sposób immanentny, bardzo delikatnie, adorując Jezusa. Mała dziecina odkrywa przed nami niezbadane obszary ludzkości, nieskończenie bogate w treść i inspirujące do działania poprzez płynne przejście, continuum na sposób ludzki. Bóg stał się bliski i już nie trzeba Go szukać wyłącznie w śladach stworzenia, bo znaleźć Go można w ludzkiej naturze.

Niedziela Gaudete zwana tak od początkowych słów antyfony (notabene w starym rycie wszystkie niedziele były znane od pierwszych słów antyfony-introitu, np. Quasimodo słynna postać Dzwonnika z Notre Dame nazywał się tak na cześć niedzieli po Zmartwychwstaniu) przypomina i uczy nas chrześcijańskiej radości. Pytanie więc od razu, a czymże jest ta radość? Tu wychodzi na wierzch paradoksalny charakter samej wiary, bo każe ona widzieć pozytywy tam, gdzie na pierwszy rzut oka ich brak, natomiast w dobrej zabawie widzi grzech. Chrześcijańska radość jak wyczytałem u jednego autora jest nieco poważna, a powaga z kolei radosna. Paradoksalność nie dotyczy tu tylko natury rzeczy, ale przede wszystkim wypaczenia radości we współczesnym świecie, gdzie sprowadzono ją jedynie do kabaretu lub stanu fizycznej przyjemności. To potęguje niezrozumienie radości prawdziwej.

Pierwsza niedziela adwentu jak zwykle przenosi nas w przyszłość. Nie jest to przyszłość jak w filmach science fiction, która jest tylko inna technologicznie, otwarta na kolejne zmiany, ale przyszłość bardzo mocno połączona z teraźniejszością i przeszłością pod względem moralnym. W pierwszym czytaniu słyszymy, że Pan jest naszą sprawiedliwością. Sprawiedliwość jawi się więc jako inne określenie przyszłości. Nie jest to więc apokalipsa, znaki kosmiczne zniszczenia ziemi, które są jedynie znakami, ale w swej głębi przyszłość, a właściwie koniec historii, to dopełnienie sprawiedliwości. Nie leży ono w gestii ludzkiej, ale boskiej. Tak więc przyszłość w radykalnym znaczeniu nie jest otwarta na nowe, nieznane możliwości, ale jest zrealizowaniem całości, dopełnieniem świata, wyrównaniem sprawiedliwości.

 Święto dzisiejsze ma bardzo głęboką teologię, a nawet więcej – bo wchodzi w politykę rozumianą po arystotelesowsku jako sztuka rządzenia dla dobra wspólnego. Warto wspierać ideę społecznego panowania Chrystusa i tworzenie Jego królestwa nie tylko na poziomie duchowym i eschatycznym (jako coś, co dopiero ma przyjść), ale także poszukiwać metod na realizację go w naszych warunkach. Nie chodzi oczywiście pod żadnym pozorem o teokrację, czyli rządy duchownych, ale przecież Chrystus to nie Jego kapłani. W Nim następuje zwieńczenie zarówno władzy politycznej (królewskiej), jak i kapłańskiej, bo obie pochodzą od Niego. Zatem o ile uzasadniony jest rozdział na świecie (chociaż też nie absolutny) władzy rządzenia dla dobra doczesnego i władzy dla dobra wiecznego, to jednak ostatecznie zbiegają się one w Chrystusie jako Królu wszechświata. Zupełne ich oddzielanie prowadzi do niezrealizowania się człowieka, które swój cel ostateczny może osiągnąć tylko w Bogu. Nie ma dobra poza Bogiem, a utrzymywanie, że możliwy jest względny dobrobyt bez Boga, dobro poza Bogiem, jest według Ratzingera największym kłamstwem szatana. Chrystus nie zamierzał tworzyć państwa na wzór Cesarstwa Rzymskiego, ale nie znaczy to, że nie posiadał nad nim władzy. Jego władza była zasadniczo duchowa, ale powstanie średniowiecznej christianitas było owocem rozumienia władzy Chrystusa jako podporządkowania całego społeczeństwa Jego panowaniu. Otóż Bóg ma prawo rządzenia państwami i jednostkami. Nic innego nie było celem przyjścia naszego Pana na ten świat. On musi tu panować poprzez inspirowanie praw, poprzez uświęcanie moralności, poprzez oświecanie edukacji, poprzez kierowanie zgromadzeniami, poprzez kierowanie działaniami rządów i rządzących.


Uroczystość Wszystkich Świętych na początku kieruje nasz wzrok ku wielu świętym Kościoła katolickiego, nawet tym niekanonizowanym. Chodzi więc o zmarłych, którzy już przebywają w niebie. Ale zanim jeszcze skoncentrujemy się na świętych jako takich, trzeba widzieć ich w całości, jako Kościół uwielbiony, dawniej się mówiło triumfujący. Święci w niebie to nie przypadkowe zgromadzenie pojedynczych osób, które cieszą się już wiekuistym pokojem, ale zorganizowana społeczność, która służy Bogu i ma liczne związki z Kościołem ziemskim. Można wyróżnić w Kościele trzy poziomy jego członków: Kościół w niebie – tych, którzy już doszli do celu i oglądają Boga, Kościół cierpiący – tych, którzy potrzebują oczyszczenia i zadośćuczynienia Bożej sprawiedliwości oraz Kościół pielgrzymujący (wojujący) – tych, którzy na ziemi zmagają się ze złem. Wszystkie te trzy części są ze sobą połączone, posiadają niejako wspólnotę losu, ponieważ Bóg jest jej celem ostatecznym. W ten sposób Kościół postrzega się teologicznie, a nie tylko socjologicznie. Pionowa więź jego członków umożliwia wielostronne relacje ze świętymi i duszami w czyśćcu i rzutuje na relacje poziome, między samymi wiernymi. Nie można sprowadzić Kościoła wyłącznie do zgromadzenia wiernych, bowiem wtedy zmieniają się również jego funkcje i struktura. Święci więc zabezpieczają właściwe (ontyczne) ukierunkowanie Kościoła będącego na świecie na pozaziemskie cele i odpowiadające im działania.

Napotkałem niedawno myśl twierdzącą, że zbudować z cegieł to można budynek, ale świątynia musi powstać z ludzi. Przywodzi to na myśl dzisiejszą uroczystość rocznicy poświęcenia własnego kościoła. To moment, w którym sam Bóg raczy przyjąć ofiarę i samych ludzi budujących kościół i przemienić go swoją eucharystyczną obecnością w sacrum. Najpierw musi być etap oddolny – budowanie gmachu, ale właściwą postać przyjmuje świątynia dzięki konsekracji. Zachodzi tu analogia jak między urodzeniem a chrztem w przypadku dziecka, gdy ten drugi moment oczyszcza i podnosi powstałą istotę ludzką do stanu współpracy z łaską i tworzy w duszy nowonarodzonego miejsce święte.

Kościół jako taki można rozpatrywać na trzech poziomach: najbardziej ogólnym – Kościół powszechny pod zwierzchnictwem biskupa Rzymu, papieża; wspólnota zgromadzona wokół ołtarza pod przewodnictwem biskupa – kościół lokalny oraz tzw. kościół duszy – w sercu wierzącego. Kościół jest odmienną społecznością od innych społeczności naturalnych. W tych ostatnich najpierw jest wspólnota, z której następnie należy wyłonić strukturę. Zupełnie inaczej jest w przypadku Kościoła katolickiego, gdzie struktura hierarchiczna wyprzedza samo zgromadzenie ludzi. Ma ona charakter zstępujący, ponieważ pochodzi od Boga i za jej pomocą Kościół się rozwija.

Iz 53,10-11; Ps 33,4-5.18-20.22; Hbr 4,14-16; Mk 10,45; Mk 10,35-45

Rozpoczynamy w Kościele Tydzień Misyjnym. Coraz częściej ukazuje się misyjność w jej teologicznej głębi. Chodzi o posłanie Syna Bożego w obrębie Trójcy (missio) będące skutkiem pochodzenia od Ojca (processio). Dzisiaj więc rozumie się misje przede wszystkim odnośnie do całego Kościoła i wszystkich wierzących, a nie tylko jako jakąś grupę misjonarzy i ich działalność. W misjach mogą i powinni uczestniczyć wszyscy, choć zależnie od swojego powołania. Misyjność to istotna cecha wiary, bez której traci ona coś istotnego.

Teologia mądrości

Mdr 7,7-11; Ps 90,12-17; Hbr 4,12-13; Mt 5,3; Mk 10,17-30

„Modliłem się i dano mi zrozumienie” – tymi słowami rozpoczyna się pierwsze czytanie, sprawiając że kierujemy wzrok duszy ku mądrości. Czym jest w swej istocie mądrość? Jest to pojęcie często używane powierzchownie, bez głębszego namysłu, raczej jako przymiotnik niż rzeczownik. Mylona z wiedzą, inteligencją, błyskotliwością. Dzisiejsze czasy właściwie nie zajmują się mądrością in se, chyba że w zmienionym znaczeniu. Liczy się ideał wiedzy technicznej, pragmatyzm, skuteczność lub nawet paradoksalnie – wykorzystuje się ją do tłumaczenia i wprowadzania rzeczy złych jako ideologię czy propagandę. Mądrość biblijna natomiast porywa w górę, podczas gdy współcześnie chodzi o spełnienie minimum. Arystoteles pisał, że wszystkim ludziom wrodzone jest pragnienie poznania. Widać jednak powszechnie, że nie dotyczy to poszczególnych jednostek ludzkich, ale raczej genus humanum, człowieka jako takiego.

Lb 11,25-29; Ps 19,8.10.12-14; Jk 5,1-6; J 17,17ba; Mk 9,38-43.45.47-48

W pierwszym czytaniu znajdujemy opis przekazania ducha Mojżesza siedemdziesięciu starszym, spośród których dwóch nie było w Namiocie Spotkania. Jozue chciał zabronić im korzystania z tego daru, podobnie jak w Ewangelii Jan przeciwstawiał się tym, którzy nie chodzili z Jezusem (domyślnie z grupą Apostołów), ale dokonywali jakichś znaków w imię Jezusa. Przywodzi to na myśl grzech zazdrości łaski Bożej. Może także sugerować obecność elementów prawdy i dobra w innych religiach (generalnie u obcych). Niemniej przede wszystkim dotykamy tu teologii daru Bożego. Bóg udziela szczególnych łask, aby te dalej pracowały niejako za pośrednictwem obdarowanych. Bierze z ducha Mojżesza i przekazuje dalej. Mógłby przecież obyć się bez pośrednictwa Mojżesza, jednak – jak mówi generalna zasada – nie ma religii bez pośrednika. Ci nieznani uczniowie powołują się na imię Jezusa i dzięki temu wyrzucają złe duchy. Powołanie się na Syna Bożego umożliwia dokonywanie egzorcyzmów. Funkcjonalność łaski zakłada jej przekazywanie dalej, chociaż nie ma tu związania woli Boga bezpośrednio, to jednak wydaje się, że to właśnie On sam wybiera taki sposób.

Trzeba zatem szukać darów lub raczej ludzi nimi obdarowanych. Bóg udziela nam prawdopodobnie rozwiązań na wszystkie bolączki, także Kościoła, jednak naszym zadaniem jest dotarcie do ludzi, którzy takie charyzmaty posiadają. Krąży takie opowiadanie, w którym ktoś skarży się, że jeszcze nie wynaleziono leku na raka, na co Bóg odpowiada, że zabiliśmy poprzez aborcję tego, który taki dar posiadał. Współpraca z Bogiem nad rozwiązywaniem wielkich problemów świata i Kościoła zakłada więc szukanie osób i rozeznawanie darów. Umieszczenie właściwej osoby na właściwym miejscu wyzwala niezwykłą energię, nie do osiągnięcia w „przymuszony” sposób. Z drugiej strony, proces odkrywania darów nie jest automatyczny i nie zawsze obdarowany jest tego świadomy. Ponadto trzeba pamiętać, że Bóg z większymi darami nawiedza pod wpływem zbliżania się do Niego.

2018  Parafia św. Andrzeja Boboli w Siemiatyczach  .;R