logotype

Niedawno uczestniczyłem w sympozjum, jakich wiele się organizuje w jubileuszu miłosierdzia, właśnie poświęconego temu tematowi. Jeden z referatów zwrócił moją szczególną uwagę, ponieważ nie przeciwstawiał miłosierdzia niemiłosierdziu, okrucieństwu, wojnie itp., ale fałszywemu miłosierdziu, czemuś bardzo podobnemu do miłosierdzia, ale ostatecznie bardzo się od niego różniącemu. Chodzi o widzenie miłosierdzia jako tolerancji, ostatecznie jako obojętności. Jest mi wszystko jedno, Bóg wszystko przebacza i nic nie trzeba specjalnego robić. Takie miłosierdzie sprowadza się nie do zmiany postępowania, ale do szukania racji, dlaczego moje złe postępowanie ostatecznie jest jednak dobre. Złe zrozumienie miłosierdzia posyła prawdopodobnie najwięcej ludzi na potępienie, ponieważ jest grzechem przeciwko Duchowi Świętemu zarówno rozpacz co do miłosierdzia, jak i lekceważenie go.

Potrzeba zatem umiejętności rozróżniania rzeczy na pozór bardzo bliskich, a w istocie diametralnie się od siebie różniących. Nie chodzi tylko o zrozumienie miłosierdzia, ale całego życia chrześcijańskiego, wiary jako takiej. Dlaczego odcienie mogą być ważniejsze od samych kolorów. Jest to ulubiona taktyka Szatana, poprzez wprowadzanie Antychrysta, czyli kogoś kto na pozór jest podobny do zbawcy (gr. anty może znaczyć podobny), wprowadza pokój i dobrobyt, ale oddala uwagę ludzi od prawd wiary, dając im zajęcie w postaci kwestii społecznych, technicznych czy innych. Odrzucenie Chrystusa dokonuje się powoli, ale według tej samej metody. Trzeba skierować uwagę ludzi wierzących na coś innego, nawet przez skandale w Kościele, a w międzyczasie podmienić im wiarę, odrzucić prawdy wiary, dotyczące naszego zbawiciela Jezusa Chrystusa, zmienić kult Mu oddawany i przestawić całość na tory humanizmu, godności człowieka itp.

Znalezione obrazy dla zapytania fatimskie

Ef 1,1-10; Ps 98,1-6; J 14,6; Łk 11,47-54

W pierwszym czytaniu usłyszeliśmy, że Bóg szczodrze wylał na nas łaskę, zostaliśmy wybrani przed założeniem świata (Ef 1, 1-10). Największą łaską Boga jest według św. Pawła objawienie Jego woli. Tu widzimy pewien paradoks, bo człowiek najczęściej widzi łaskę jako rzeczowy dar, ewentualnie pewien stan, a tutaj łaską jest poznanie tego, co Bóg chce. Tak jak w Starym Testamencie największym darem Boga dla Izraelitów było Prawo. Nie wszyscy zechcą uczestniczyć w tym procesie zbawiania siebie i innych. Będą aktywnie przeciwdziałać, tworząc pewnego rodzaju antyzbawienie, odrzucają wolę Bożą. Będą niszczyć innych ludzi i siebie, ale żeby ktoś na to dał się nabrać, to nadają temu pozory dobra, wolności itp. Dotyczy to nie tylko pojedynczych ludzi, ale całej historii, która staje się nie tylko historią zbawienia, ale również antyzbawienia, potępienia.

Dalej św. Paweł tłumaczy, że Bóg chce wszystko zjednoczyć w Chrystusie, to jest wyraz Jego woli dla całego rodzaju ludzkiego. W teologii funkcjonuje pojęcie rekapitulacji (gr. anakefalaiosis, od słowa głowa), ponownego zjednoczenia kiedyś całego świata w Chrystusie. Cała historia ma ku temu zmierzać zarówno na poziomie indywidualnym, jak i zbiorowym. Co to znaczy, że wszystko ma zmierzać ku Chrystusowi jako Głowie? Nie jest to więc ogólne dążenie do dobra, niejako razem z Chrystusem, który też wyznawał wartości, ale podporządkowanie wszystkich wartości Chrystusowi. Nie chodzi o ogólne bycie dobrym, o walkę o pokój i ochronę środowiska. Trzeba wyraźnie służyć Chrystusowi, czyli nie liczy się bycie dobrym i uczciwym człowiekiem, który jednak inaczej patrzy na aborcję, inaczej na in vitro czy eutanazję. W końcu nie przejmuje się oddawaniem chwały Chrystusowi Królowi poprzez jak najlepszą liturgię i modlitwy. Natomiast Chrystus jest nawet przed prawem moralnym, nie znaczy, że je znosi, ale my służymy Bogu przez Chrystusa, a nie abstrakcyjnym regułom. Sam o sobie Chrystus mówi, że jest bramą, przez którą jeśli ktoś wejdzie, to znajdzie zbawienie. To Bóg jest panem historii, chociaż czeka na wolny wybór człowieka do współpracy z Nim. Ziemia ma dołączyć do nieba, w którym panuje Chrystus i nie można sobie utworzyć idealnego świata. Inaczej tworzy się pokusa postawienia człowieka w centrum, co kończy się panowaniem antychrysta. Największym zagrożeniem nie jest bezpośrednie zło, kontrastujące z dobrem, bo takie jest łatwo rozpoznawalne, ale właśnie zło udające dobro. Diabeł tworzy jedną utopię za drugą, zwodząc wiele osób. On też wzbudza kolejnych antychrystów.

Znalezione obrazy dla zapytania aniołyPotocznie, kiedy mówimy o życiu anielskim, to mamy na myśli życie beztroskie, przedstawiane najczęściej przez aniołków w postaci dziecięcej, którzy rozkoszują się szczęściem. Współczesne zachodzi ośmieszenie aniołów, odebranie im powagi przez włączenie do systemów New Age, widzenie aniołków jako stworzonek sympatycznych, ale nieco ociężałych umysłowo lub całkowicie niezależnych od naszych poważnych problemów. Człowiek zredukował cały świat duchowy, niebo do swojego wnętrza, gdzie przebywa sam na sam z Bogiem jako partnerem do rozmowy. Aniołowie i święci to co najwyżej symbole, ewentualnie wzory do naśladowania, które nie odgrywają aktywnej roli we współczesnym świecie.

Kiedy jednak chcemy zgłębić tajemnicę aniołów i zachęcić siebie samego do prowadzenia życia na sposób aniołów, bo takiego samego nie możemy z racji innej natury, to okazuje się, że trafiliśmy na żyłę złota duchowego. Świat duchowy otwiera się na człowieka i zaczyna przemawiać z zewnątrz. Przede wszystkim zmienia się kierunek, już nie aniołowie służą nam, tylko mu mamy sprzedać wszystko, aby kupić to pole. Aniołowie wyznaczają drogę do nieba. Tworzą oni i wypełniają duchowy świat bliższy Bogu niż nasz ziemski. Oni tworzą niebo, my ziemię. Niebo jest ciągle takie samo, natomiast ziemia przechodzi próbę, znajduje się w ruchu między niebem i piekłem. Niebo miało kiedyś taką próbę, ale dokonał się definitywny podział, który już nie może być zmieniony. Natomiast ziemia ciągle przechodzi okres, w którym musi się opowiedzieć albo za Bogiem, albo przeciw Niemu. Na tę decyzję mocno wpływają aniołowie, także jako aniołowie ciemności, którzy odpadli od Boga i kuszą do tego ludzi.

Znalezione obrazy dla zapytania nieuczciwy rządcaNie zapomnę wszystkich ich uczynków – słyszeliśmy w pierwszym czytaniu. Człowiek szybko zapomina, nie zważa na Boga w swoim postępowaniu, a skoro bezpośrednio nie strzelił piorun, to widocznie Pan Bóg nie ma nic przeciwko. Postępujemy z Nim jak z człowiekiem, który jeśli nie zareaguje natychmiast, to po odejściu od kasy reklamacji się nie uwzględnia. Im później zareaguje na czyjś postępek, tym gorzej będzie cokolwiek zmienić. Trochę obrazuje to sytuacja z sądów, w których najczęściej sprawcy zasłaniają się niepamięcią. Zwłaszcza jeśli sprawa dotyczy afer i przekrętów na wielkie sumy. Z Panem Bogiem natomiast nie jest tak łatwo. On nie musi reagować, bo nie jest człowiekiem, On ma całą wieczność, a przede wszystkim instytucję Sądu Ostatecznego jako instrumentu oceniającego zbiorczo wszystkie pojedyncze czyny i nic nie zostanie zapomniane. Po śmierci każdy będzie musiał zdać sprawę ze swego zarządu, jak to mamy przykład w Ewangelii.  Chrześcijaństwo przez długi czas posługiwało się obrazem księgi zapisanej przez poszczególne uczynki jako podkreślającym, że nic nie zostanie zapomniane, a w odpowiednim momencie zostanie to wyciągnięte na światło dzienne i człowiek – wezwany do odpowiedzialności.

Wolność w rozumieniu prostym, ludzkim oznacza możność dokonywania wyboru. Dzisiaj aż nazbyt skrajnie rozumiana jest jako całkowita niezależność od wszelkich czynników mogących determinować decyzję. Z drugiej strony wolność rozumie się coraz bardziej mechanicznie, wierząc, że faktycznie można przewidywać wszystko za pomocą narzędzi statystycznych dla celów socjotechnicznych. Wolność zamienia się szybko w swoje przeciwieństwo czyli niewolę, a na poziomie społecznym – w totalitaryzm. Wolność dzisiaj ujmuje się jako dowolność i odwracalność korzystania ze wszystkiego, cieszenia się pełnią życia, autorozwojem itp. Jednak są to iluzje, o czym przekonują się prędzej czy później wszyscy, co za nimi idą. Nie da się mieć wszystkiego i dlatego wolność musi podlegać uwarunkowaniom ontycznym, uwzględniając najważniejsze linie rozwojowe człowieka i możliwość osiągnięcia szczęścia spełnienia w postaci wiary, dobra wspólnego, rodziny, narodu itp. Nie wszystkie ludzkie wybory są równie wartościowe ontycznie, dlatego wolność musi się łączyć poznawczo ze swoim przeciwieństwem i posiadać charakter moralny. Nie można stawiać na jednej płaszczyźnie wolności wyboru np. homoseksualizmu z wolnością do założenia rodziny i posiadania dzieci.

Ludzie tęsknią nie za wolnością, ale za szansą na rozwój, której nie mogą sami sobie dać, czyli nie wynika ona z własnej wolności. Przykład tego mamy w pierwszym czytaniu, kiedy Eliasz powołuje Elizeusza. On z jednej strony staje przed życiową szansą dołączenia do uczniów wielkiego proroka i być może pewnego dnia samemu zajęcia jego miejsca, jak się faktycznie stało, a przywiązaniem do rodziny – pozwól mi pożegnać się z ojcem i matką, mówi. Takie wahanie można skwitować słowami: mieć ciastko i zjeść ciastko. Powszechne są dziś odczucia, powodowane rozbudzonymi obietnicami równości we wszystkim, szklanego dachu nad głową, jeśli chodzi o pracę czy marzenia. Prowadzi to do rozdęcia nierealnych perspektyw i do przewartościowania wolności indywidualnej.

W pierwszym czytaniu słyszymy obietnicę Bożą na temat wylania Ducha pobożności na swój lud. Jest to bardzo ważne stwierdzenie i dotyczące niezmiernie istotnej kwestii, która dzisiaj bywa pomijana i źle rozumiana. Nasze czasy charakteryzują się postępującym zanikiem pobożności. Nawet tracimy rozeznanie, na czym owa cnota polega. Wydaje się, że przynależy ona starszym paniom, które nieustannie „klepią” różańce w kościele. Lubimy przy tym dodawać, jakby na usprawiedliwienie własnego braku pobożności, że ich pobożność jest wyłącznie na pokaz, a na co dzień są one nie do zniesienia, modlą się, a później postępują niemoralnie.

Rozważanie trzeba więc zacząć od współczesnego kryzysu pobożności. Świat coraz bardziej się sekularyzuje, dlatego każda pobożność jest traktowana podejrzanie jako relikt przeszłości, wiary w relikwie, pielgrzymki, świętych itp. Wszystko to było rzeczą bardzo dobrą i przynosiło mnóstwo pożytku, nawet jeśli niektóre formy mogły być przesadzone. Dzisiaj ideałem jest obojętność, neutralność, która jest zakamuflowaną niewiarą dodatkowo podszytą wrogością (in odium fidei). Bez pobożności można żyć, a i w kościele coraz mniej o niej usłyszymy. Zmniejszająca się liczba osób pobożnych powoduje zaistnienie samonapędzającego się mechanizmu obniżania poziomu pietas. Współcześnie wydaje się, że Kościół jest wdzięczny za to, że człowiek raczył przyjść na Mszę św. Bez dodatkowych wymagań na przykład, żeby jeszcze musiał się odpowiednio zachowywać, pilnować swoich dzieci itd. Ostatnio na Mszy św. wieczornej ktoś przyszedł na Mszę z psem, no bo przecież to przyjaciel człowieka, w dodatku stworzenie Boże. Większość ludzi na Mszy w ogóle się nie modli, raczej rozgląda się po kościele, ewentualnie po innych osobach. Mało kto przychodzi wcześniej i po Komunii zostaje w kościele, by podziękować Panu Jezusowi. Brak pobożności przekłada się w prostej linii następnie na relacje międzyludzkie, zabierając szacunek do rodziców, starszych, przełożonych. Liczy się przede wszystkim luz, bycie sobą, autonomia, wolność.

Błogosławione łono, które Cię nosiło i piersi, które ssałeś. Błogosławieni wszyscy, co słuchają słowa Bożego i zachowują je. Czasami przeciwstawia się te słowa z dzisiejszej Ewangelii. Może nawet żyjemy w czasach, które zdecydowanie oddzielają je od siebie. Czym innym ma być rzekomo błogosławieństwo przeszłości, które zamienia się w oczach wielu w przekleństwo, a zupełnie czym innym błogosławieństwo teraźniejszości słuchanej i zachowywanej. Właściwie dla współczesności błogosławieństwo płynie wyłącznie z przyszłości, do której dążymy na zasadzie przeciwstawiania się przeszłości, której już nie nazywa się tradycją. Nowoczesność wdziera się także do Kościoła, który więcej mówi o znakach czasu i do nich dostosowuje tłumaczenie Ewangelii. Trzeba jednak pamiętać o tym, że siła drzewa tkwi w jego korzeniach. W rozważaniach św. Augustyna o czasie znajdujemy porównanie mijającego czasu do drzewa, które przyrasta tak, że zawiera w sobie przeszłość jako poszczególne słoje pnia.

W tym kontekście trzeba powiedzieć: błogosławiony Stary Testament ze wszystkimi wydarzeniami przygotowującymi na przyjście Chrystusa, błogosławione łono NMP, które zrodziło Zbawiciela Jezusa Chrystusa, błogosławione wszystkie etapy Jego życia, od poczęcia do śmierci na krzyżu, będącej punktem kulminacyjnym, a następnie zmartwychwstania i wniebowstąpienia oraz ukonstytuowania Kościoła świętego. W tym także błogosławione wszystkie sobory i dogmaty, błogosławiona liturgia święta, dzięki której spływa na ludzi tyle łask, błogosławiona teologia i prawo kościelne, błogosławieni ludzie żyjący na przestrzeni wieków, którzy zachowywali Ewangelię i przekazania kościelne, szczególnie błogosławieni święci. Błogosławiony chrzest Mieszka i wszystkie wydarzenia, które doprowadziły do powstania narodu polskiego jako narodu katolickiego. Błogosławieni patronowie Polski: NMP Królowa Polski, św. Wojciech, Stanisław, Andrzej Bobola – patron tej parafii.

Najczęściej patrzy się na wniebowstąpienie przestrzennie. Niebo jest nad ziemią i stanowią razem w pewnym sensie dwa światy, które są wzajemnie nieprzenikalne. To co się dzieje na ziemi nie wpływa na niebo, które zawsze wydawało się nieporuszone przez nic ziemskiego. Z kolei ruchy niebieskie (gwiazd) były postrzegane jako wieczne i stałe, bez żadnych odstępstw. Dzięki temu wyznaczano czas. Arystoteles wyróżniał sferę podksiężycową i nadksiężycową. Miało to przełożenie na życie człowieka, który mimo że był istotą ziemską, to jednak poprzez rozum wykraczał ponad świat i odkrywał w sobie jakieś elementy ze sfery nadksięzycowej, niezmiennej, wiecznie krążącej po orbitach do coraz to doskonalszych sfer nieba, w centrum których znajdował się Nieporuszony Poruszyciel. Jednak sama rozumność nie zapewniała szczęścia nieba (Arystoteles prawdopodobnie nie uznawał nieśmiertelności duszy). Powszechne mniemania pogańskie prowadziły po skończonym życiu na ziemi w zaświaty, które żadną miarą nie mogą być porównane do nieba. Raczej należałoby powiedzieć, że jest to miejsce dwuwymiarowe, uboższe w porównaniu do ziemskiej egzystencji, pozbawione głębi. Dusze na kształt cieni snują się po krainie wiecznego snu i to one potrzebują wsparcia energii żywych. To ze świata płynie szczęśliwość zmarłych i w sumie powinni oni zazdrościć żywym ich jeszcze trwającego stanu relatywnej pełni. Człowiek jednak intuicyjnie czuje swoją więź z niebem i chciałby widzieć w nim swoje przeznaczenie, chronologicznie łączyć ziemię z niebem. Niebo powinno być wieczną szczęśliwością, czwartym wymiarem, niedostępny z poziomu ludzkiej natury, ale łaskawie udzielony przez samo niebo. Trzeba tylko pytać o zasadę otrzymania łaski wniebowstąpienia. Od zawsze takim kryterium była moralność. Niebo dla człowieka łączy się z ziemią poprzez teleologię etyczną. Od postępowania na ziemi zależy przyszłość niebieska.

Triduum Paschalne dochodzi do swego szczytu właśnie dzisiaj, tej nocy. Nie na darmo tradycja polska tak właśnie określa największe święta chrześcijaństwa – Wielkanoc. Dlaczego właśnie noc? Bo nie wiemy, kiedy dokładnie Chrystus zmartwychwstał, nie było świadków, a może nawet gdyby byli, nie mogliby zobaczyć tego wydarzenia. W każdym razie chodzi o niemożność dokładnego wyznaczenia pory, co potęguje jeszcze odczucie, że mamy do czynienia z Bogiem, którego z definicji nie da się zamknąć w precyzyjne formuły i ramy czasoprzestrzenne. Zmartwychwstanie to bezpośrednie działanie Boga, na które człowiek ma odpowiedzieć adoracją, która zawsze oznacza poświęcenie jakiegoś czasu. Zmartwychwstanie jest nie tylko wstaniem z martwych – tu polskie tłumaczenie jest słabe, sugeruje coś na kształt wskrzeszenia Łazarza. Zmartwychwstanie już należy do innej rzeczywistości. Jak ktoś chce dokładniej na płaszczyźnie fizycznej zbadać ten proces, niech przestudiuje Całun Turyński – materialny świadek zmartwychwstania.

Jesteśmy w punkcie kulminacyjnym tzw. Triduum sacrum, świętych trzech dni, co sugeruje, aby traktować te trzy dni łącznie. Żeby wyciągnąć więcej sensu ze zmartwychwstania, trzeba je widzieć razem z Ostatnią Wieczerzą i wydarzeniami męki. Można śmiało powiedzieć, że jest to najważniejszy okres w ciągu roku i najkrótszy. Oczywiście, to nie jego długość decyduje o randze, ale raczej „gęstość” tych Trzech Dni. Nie jest to po prostu Msza w Wielki Czwartek, adoracja krzyża w Wielki Piątek i dzisiejsza Wigilia Paschalna – trzy punkty, ewentualnie procesja rezurekcyjna. Raczej są to trzy wierzchołki pośród całej przestrzeni świętego czasu, traktowanego łącznie. To dlatego trwamy na adoracjach, te trzy dni trzeba przeżyć w sposób ciągły. Jest to oczekiwanie na Boże działanie, a jednocześnie czas wielkich dzieł Bożych – magnalia Dei, o których słyszymy w dzisiejszych czytaniach.

Wielki Czwartek to święto przyjaźni z Jezusem Chrystusem. Współcześnie słowo przyjaciel się nieco zdewaluowało na rzecz miłości, ale klasycznie oznacza ono bliskość większą nawet niż małżeńska. Według Arystotelesa największą przyjemnością mędrca jest rozmowa z przyjacielem. Zatem dzisiaj wchodzimy w przestrzeń przyjaźni Jezusa. Taki charakter ma każda Eucharystii, ale przede wszystkim ta wielkoczwartkowa, w której nie tylko wspominamy ustanowienie sakramentu, ale niezwykłą bliskość i odsłonięcie sedna misji Jezusa. On przyszedł, aby służyć, aby być misją Ojca, czyli jednocześnie – pojednaniem człowieka z Bogiem. Świetnie obrazuje to mandatum – przykazanie służby wyrażone przez Jezusa poprzez umycie nóg Apostołom. Nie siebie stawia w centrum, ale swoją misję. Ukazuje im Ojca i Królestwo Niebieskie. Z kolei uczniowie służąc sobie nawzajem – umywając swoją posługa nogi – mają ukazywać Chrystusa, bo tylko Jego znają i w Nim jest pewna droga do Ojca. Przychodząc dziś do kościoła, czujemy większą bliskość, kościół ścieśnia się do rozmiarów Wieczernika. Nie wszyscy tam wchodzą, głównie dlatego że nie chcą, nie otrzymali zaproszenia, nie widzą, że bliskość z Jezusem wymaga pokonania kilku stopni, na które dopiero On sam zaprasza. Wchodzimy tu dzięki Jego inicjatywie. To już nie jest tylko znajomość, ale niezwykła przyjaźń. To jest cel wiary, aby nie tylko spełnić minimum, ale aby dojść do wielkiej przyjaźni z Jezusem, kiedy spożywamy Jego ciało i stajemy się z Nim jedno.

5 niedziela Wielkiego Postu

Oto Ja dokonuję rzeczy nowej. W pierwszy czytaniu dominuje perspektywa stare – nowe. Zawiera ona w sobie teologiczny problem relacji Starego do Nowego Testamentu, zapowiedzi i wypełnienia, prawa i łaski, typu i antytypu. Prowadzi także do właściwego rozumienia nowości w świetle Objawienia, którą może przynieść jedynie Bóg. Współcześnie mamy problem ze zrozumieniem radykalnej nowości. Nie jest ona taka jak w sklepie, gdzie każda nowość jeszcze szybciej się starzeje i jest wypierana przez kolejną. Nowy, lepszy to chyba najczęściej używane słowa. Produkty według marketingu są jak fajerwerki, które zabłysną na chwilę i natychmiast gasną. Powodują one oczarowanie i wprawiają w trans nieustannego postępu nowości. W tym sensie stanowią one raczej zaprzeczenie nowości przyniesionej przez Boga. Prawdziwa nowość nie polega na zmianie ubrania, pomalowaniu czegoś na inny kolor, oświetleniu inną barwą światła, zmianie procesora na nieco szybszy, ale na czymś spoza świata – ex nihilo, czego świat dać nie może. Nie chodzi o przyszłość jako rozwój jakichś ukrytych możliwości w świecie, ale faktycznie o przyjście Boga z pomocą. Najlepiej widać to na przykładzie uzdrowienia, wskrzeszenia. Tego po prostu nie da się uczynić mocą ludzką ani żadną siłą wewnątrzświatową. Mylą się ci, którzy mówi w kontekście uzdrowień o działaniu nieznanych jeszcze sił, której kiedyś poznamy i już nie będziemy uznawali tego za uzdrowienie, ale za zwyczajne uleczenie. Być może w niektórych przypadkach zachodzi jakiś udział immanentnych sił przyrody, ale wywołanych przez transcendentną moc Bożą. Nowość w tym wypadku jest synonimem stworzenia (ex nihilo) i zbawienia, nowego początku, który nie lekceważy przeszłości, ale ma moc dać nową szansę, odrodzić. Aby zatem odkryć potęgę nowości Bożej, trzeba się zmierzyć z negatywnym krańcem ludzkich możliwości, czyli złem radykalnym.

Joz 5,9-12; Ps 34,2-7; 2 Kor 5,17-21; Łk 15,18; Łk 15,1-3,11-32

Dzisiejsza Ewangelia, nazywana często ewangelią w Ewangelii, różnie bywa tytułowana. Najbardziej popularne stało się określenie przypowieść o marnotrawnym synu. Ostatnio robi karierę tytuł przypowieść o miłosiernym ojcu. Ja natomiast niedawno, zdaje się, że u Ratzingera, wyczytałem propozycję: przypowieść o opuszczonym ojcu. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie ojciec stoi w centrum zainteresowania całej historii, to z jego perspektywy następuje opis. Od strony marnotrawnego syna widzimy tylko migawki: zabawy, upodlenie oraz refleksję i decyzję powrotu. To ojciec codziennie wychodzi, aby sprawdzić, czy syn czasem nie wraca do domu, a kiedy go ujrzał, stał się dominującą postacią w całym procesie ponownego przyjęcia syna w poczet członków rodziny. On także rozgrywa dramat drugiego syna, który nie chce zrozumieć głębi miłości ojcowskiej.

III Niedziela Wielkiego Postu

 Wj 3,1-8a.13-15; Ps 103,1-4.6-8.11; 1 Kor 10,1-6.10-12; Mt 4,17; Łk 13,1-9

Wielki Post prowadzi nas dzisiaj do sedna oczyszczenia, czyli do odnalezienia własnej istoty i poznania istoty Boga. W pierwszym czytaniu słyszymy historię Mojżesza, który ma widzenie płonącego i niespalającego się krzewu. Zaciekawiony sceną postanawia podejść, żeby przyjrzeć się jej z bliska. W pewnym sensie stanowi to naturalną skłonność człowieka w kierunku religijności. Każdy posiada inklinację do pogłębiania duchowości. Podobnie jednak jak w przypadku Mojżesza, sama „natura” nie wystarcza i musi usłyszeć konkretne wskazówki. Mojżesz słyszy głos nakazujący mu zdjęcie sandałów. Dzięki temu przekonuje się on o charakterze sacrum danego zjawiska. W interpretacji duchowej może to wspierać wielkopostne dzieło pokuty. W dawnych czasach bez butów chodzili niewolnicy, czyli ci, którzy nie mieli pełni praw. Mojżesz człowiek wolny przybiera przed Bogiem postawę niewolnika, dzięki czemu może reprezentować cały naród. Mojżesz w butach nigdy by nie doświadczył cudownego działania Bożego w postaci wyjścia z Egiptu, można powiedzieć, że nigdy by nie przeżył jednej z najważniejszych przygód ludzkości. Przybranie postawy niewolnika uświadamia, że bycie nim jest głębiej wpisane niż tylko niewola egipska. Wyjście z Egiptu geograficznie nie pokrywa się z analogicznym procesem duchowym. Grzeszność to nie tylko te konkretne grzechy, których jestem świadomy. Ona bazuje na strukturze grzechu pierworodnego i wrasta bardzo głęboko w ludzką naturę. W miarę postępowania po drogach pokuty będą się odsłaniały kolejne grzechy.

Kontynuujemy zeszłotygodniowe wchodzenie w treści wielkopostne, bo czas ten nie tylko zachęca do czynów, ale przede wszystkim podaje motywy dlaczego. Korzyści z ascezy nie polegają przecież na zrzuconych kilogramach czy ewentualnie – w wariancie bardziej duchowym – wzmocnionej woli. Chodzi tu o Boga i Jego działanie, które zawsze posiada priorytet, ale paradoksalnie domaga się wolnej odpowiedzi człowieka. Podejmowane czyny pokutne: modlitwa, post i jałmużna, aby nie pozostać tylko na powierzchni naszego życia, na zewnątrz serca, i posiadać moc przemieniającą egzystencję, muszą koniecznie otrzymać wsparcie z głębi ludzkiej natury. Ta natomiast dla samego człowieka jest tajemnicą i dopiero Chrystus ją nam odsłania.

Przemienienie Pańskie opisywane przez Ewangelię wyraźnie podkreśla, że spełnienie człowieka nie pochodzi z zewnątrz ani nawet z góry, choć ma z nią coś wspólnego. Jezus wchodzi na górę i z nieba odzywa się głos Ojca. Jednak przemiana dokonuje się niejako od środka – Bóstwo uwidacznia się przez człowieczeństwo, za jego pomocą, podnoszą naturę ludzką, a nie ją anihilując. Przemiana nie jest więc jakąś magiczną zmianą ontyczną, coś na kształt żaby przemienionej w księcia, ale raczej uwidocznieniem blasku człowieczeństwa sprzed grzechu, spotęgowanego odkupieniem. Łaska przychodzi z zewnątrz, z góry, jednak wnika do środka i czeka na podjęcie współpracy, a kiedy ona nadchodzi i staje się coraz dojrzalsza, wydobywa z natury jej ukryte możliwości i sprawia, że natura staje się kanałem samej łaski. Człowiek pod działaniem Ducha Świętego nic nie traci ze swej osobowości, ale staje się przezroczysty, nie stawia oporu łasce, która rozlewa się po jego naturze, udzielając się innym.

2018  Parafia św. Andrzeja Boboli w Siemiatyczach  .;R