logotype

Podobny obrazJezus w Ewangelii podnosi poprzeczkę w rozumieniu prawa. Nie zmniejsza wymagań, ale jeszcze bardziej je uwzniośla i zaostrza. Nie wystarczy już oddawać tym samym, odwzajemniać, ale potrzeba  kochać nieprzyjaciół. Owo więcej znaczy również, oprócz większej miłości i znoszenia bliźniego, także więcej miłości i wymagania. Bo miarą jest doskonałość Boga, a ona nie polega na pobłażaniu, ale na dorastaniu do niej, nawet jeśli przytrafią się grzechy, to trzeba skorzystać ze środków odkupienia i dalej się starać. Nikt, komu odpuszczono grzechy, nie może powtórnie grzeszyć. Syn marnotrawny stawiany za wzór miłosierdzia nie otrzymał zgody na powtórną zabawę z prostytutkami, albo na przykład sprowadzenie ich do domu, bo Ojciec będzie się cieszył. Wtedy z pewnością sam by go wygonił. Bóg wyznacza miarę bez miary, czyli swoją własną doskonałość daje człowiekowi. Pozytywnie rzecz biorąc, jest to wielki dar, żeby obdarzyć słabą istotę ludzką Bożą doskonałością. Negatywnie oznacza to niemożność samodzielnego osiągnięcia tej miary. Bądźcie doskonali, jak Ojciec wasz jest doskonały – bez drugiego członu pierwszy jest niemożliwy. Żeby lepiej zrozumieć, trzeba odnieść się do podobnych stwierdzeń w Piśmie świętym: bądźcie świętymi , bo Ja jestem święty oraz bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Mamy tu do czynienia z triadą wymiennych pojęć, chociaż nie tożsamych. Bycie świętym zakłada jakiś kontekst liturgiczny, czynienie świętości poprzez ofiary i modlitwy. Natomiast miłosierdzie ukazuje właściwy obieg doskonałości, która może być tylko wlana. Człowiek wykazując skruchę, otrzymuje poprzez Boże miłosierdzie przebaczenie i z powrotem może dążyć do doskonałości. Doskonałość jest posiadaniem Boga i Jego przymiotów udzielanych człowiekowi.

Zatem normalna, przyrodzona dobroć człowieka nie jest niczym specjalnie zasługującym w oczach Bożych. Jezus pyta ironicznie: Cóż szczególnego czynicie. Jeśli punktem odniesienia jest świat to i nagroda może być tylko wewnątrzświatowa. Mam tu na myśli ogólną sprawiedliwość. Jest to jednak nieosiągalne, bo mechanizmy tej sprawiedliwości sięgają świata duchowego, a więc poza autonomię świata widzialnego. Nic szczególnego nie czyni człowiek, który jest dobry dla sąsiadów, miły i życzliwy, taki, który troszczy się o dzieci i chce im zapewnić najlepszą przyszłość. Tylko odniesienie do Boga może dać prawdziwe dobro, które musi być nakierowane na Dobro Najwyższe. Trzeba znieść więcej, ale i bardziej podnieść poprzeczkę. Jeśli zaś Bóg nieskończenie doskonały jest punktem odniesienia to trzeba nam nieustannie do Niego dążyć oraz przedsiębrać środki doskonałe, czyli nadprzyrodzone. Nie wystarczy ogólna sprawiedliwość, mniej więcej przecież nikogo nie zabiłem. Nie krzywdzę nikogo. To jest sprawiedliwość tego świata, potrzeba większej, czyli znosić zło dla pożytku duchowego oraz modlić się, aby wejść jeszcze tu na ziemi w rzeczywistość głębszą, doskonalszą. Bowiem i nagroda jest większa, nie tylko względna równowaga na świecie, brak wzajemnego niszczenia się, ale nagroda niebieska, o której ani ucho nie słyszało, ani oko nie widziało. Zresztą ta względna sprawiedliwość tego świata jest obłudna, pod maską obojętności skrywa głęboką niesprawiedliwość, wzajemne ranienie się, choć na zewnątrz padają okrągłe słowa.

Nasz problem to niewiedza o grzechu, a co gorsze – to prawdopodobnie niechęć, aby o nim się dowiedzieć. Wydaje się, że aż tyle Bóg nie mógł od nas wymagać, że wszystko prawie byłoby grzechem, że przecież wszyscy tak robią, więc nie można zmienić całego świata od razu. Bóg nikomu nie zabrania się nawracać, ale człowiek woli zaklinać rzeczywistość, jak to się mówi psychologicznie – wypierać do podświadomości. Lepiej żyć w nieświadomości co do grzechu, niż próbować dopasować się do Bożych wymagań w oparciu o środki, które On nam daje. Przecież gdybyśmy już w dzieciństwie pokochali prawo Boże, to nie byłoby ono takie trudne, a jeśli dokładamy grzech do grzechu i co gorsze nie chcemy o tym słyszeć, to nie ma się co dziwić, że prowadzi to do opłakanych rezultatów i nienawiści wobec Boga. Jeśli punktem odniesienia jest sprawiedliwość na tym świecie, to faktycznie tylko największe zbrodnie są jej przeciwne i mogą być nazywane grzechami. Jeśli jednak mamy być doskonali na miarę Boga, czyli bez miary, to mnóstwo drobnych rzeczy na tym świecie będzie ciężkimi grzechami. Doskonałość łatwo jest obrazić i niewiedza jest tu szczególnie szkodliwa. Potrzeba poszukiwania norm, bo przecież dotykamy świata duchowego, który jest nieoczywisty. Grzechy sięgają nieba i dlatego nawet jeśli tu na ziemi nie wydają się szczególnie niesprawiedliwe, mogą mieć fatalne konsekwencje. Nie niszczą ziemi, ale niszczą niebo, co jest jeszcze gorsze, ponieważ na ziemi człowiek przebywa tylko przez chwilę, jego przeznaczeniem jest natomiast niebo albo piekło. Dlatego stan grzeszności przynależy do teologii i podlega wyjaśnieniu w oparciu o Objawienie.

Objawienie z racji bycia faktem zewnętrznym musi być przekazywane zewnętrznie. W związku z tym należy o nim pouczać. To samo tyczy się norm moralnych i ogólnie rzecz biorąc grzechów. W pierwszym czytaniu słyszymy: Będziesz upominał bliźniego, aby z jego winy nie zaciągnąć grzechu. Dzisiaj jest wyjątkowy brak poczucia konieczności upominania kogokolwiek, nawet gdy mamy nad nim bezpośrednią władzę. Każdy boi się narazić na gniew lub inne skutki, nawet w Kościele. Ale właśnie Bóg w pierwszym czytaniu argumentuje tym samym – boisz się gniewu człowieka, któremu wykażesz błąd, a nie boisz się gniewu wszechmogącego Boga! Kto widzi zło i milczy staje się moralnie za nie odpowiedzialny. Tu oczywiście największą odpowiedzialność ponoszą kapłani, nauczyciele i rodzice. Po co ryzykować gniew Boga z powodu niejednoznacznej postawy wobec zła. Nie chodzi tu o pomstę, ale po prostu o zwrócenie uwagi, że tak nie wolno. Punktem odniesienia bowiem nie jest święty spokój, ani zadowolenie bliźniego, ale świętość Boga. On nie mówi: bądźcie dla siebie dobrzy, jak to się mówi popularnie, niech licho śpi. Nie ono nie będzie spało. Już kiedyś używałem obrazu pluskiew, ale one nigdzie sobie nie pójdą. Nie można naiwnie sądzić, że jak nic nie będziemy robić, nie będziemy zaogniać sytuacji, to one się domyślą i sobie gdzieś indziej pójdą. Albo bakterie w organizmie, one wykończą nosiciela i na końcu same zginą. Dlatego trzeba upominać, wykazywać błąd, walczyć ze złem, pouczać (św. Paweł). Bo zło przede wszystkim uderza ono we mnie samego. Każdy grzech ma charakter społeczny i to ja ostatecznie na tym tracę i moi bliscy, ponieważ pozwalamy komuś na zło. Z miłości do siebie trzeba upominać i zwracać uwagę. Znowu dochodzimy do duchowej warstwy grzechu, która przekracza czysto ziemskie powiązania, chociaż ostatecznie i tak na nie oddziałuje. Grzech nie piętnowany, przynajmniej w warstwie teoretycznej, szkodzi wszystkim, a więc i temu, kto przymyka na niego oczy. Co więcej, kto nie zwalcza grzechu, sam go zaciąga. Mamy tu paradoks: niewidzenie grzechu powoduje go. Ponieważ grzech przekracza niejako samą osobę, która go popełnia i staje się niejako obiektywny, jak pasożyt żywiący się właścicielem jest czymś od niego odrębnym. Dlatego grzech musi być piętnowany, bo inaczej wchodzi na moje terytorium i zaczyna pasożytować na mnie samym.

Świętość Boga domaga się rozróżnienia pomiędzy moją osobistą praktyką, która ma być jak najlepsza, ale trudno ustrzec się nawet najdrobniejszych błędów, a przekonaniami o dobru i złu. W pierwszym przypadku, choć nie chcę, to popełniam błędy, ale gdyby mnie zapytać, co na temat sądzę, to oczywiście potępiam wszelkie zło, nawet najmniejsze, które także występuje u mnie. Nie ma w tym faryzeizmu, bo choć się staram, to jednak nie wszystko wychodzi. Faryzeizm polega w tym wypadku na zaprzeczaniu normom moralnym, mówieniu, że one nie istnieją. Faryzeusze nie byli tylko, jak się to o nich najczęściej myśli, skrupulantami prawnymi, ale również laksystami, pogardzającymi istotą prawa, naginającymi prawo do własnych interesów. Dlatego trzeba z niewzruszoną pewnością potwierdzać normy, nawet jeśli ciągle pracujemy nad ich dokładnym przestrzeganiem.

W drugim czytaniu św. Paweł przypomina, że zło niszczy świątynię Boga. Jak daleko posunęliśmy się w obojętności na zło. Nie czujemy już różnicy między zniszczeniem jakiegoś domu a zniszczeniem świątyni. Ale ona jest ogromna: zniszczenie świątyni oznacza utratę kontaktu z Bogiem, a więc faktycznie piekło. Św. Paweł potwierdza, że kto niszczy własne ciało, a więc grzeszy przeciwko niemu, nie tylko niszczy własne mieszkanie, ale przede wszystkim świątynię Boga, a więc naraża się na piekło wieczne. Kto nie jest doskonały, traci świętość, a więc zostaje mu tylko potępienie. Grzechy przeciwko ciału sprzeciwiają się w pierwszym rzędzie Bogu, a następnie również samemu sobie. Chodzi tu przede wszystkim o grzechy nieczystości, bo one są grzechami cielesnym w sensie ścisłych, choć inne również takie są. Grzech zatem nie jest rzeczywistością prywatną, ale jak najbardziej desakralizacyjną, profanacyjną i przez to dotyczy zarówno Boga, jak i innych ludzi. 

xrp

2017  Parafia św. Andrzeja Boboli w Siemiatyczach  .;R