logotype
image1 image2 image3

Parafia p.w. Świętego Andrzeja Boboli w Siemiatyczach

Niedziela Gaudete zwana tak od początkowych słów antyfony (notabene w starym rycie wszystkie niedziele były znane od pierwszych słów antyfony-introitu, np. Quasimodo słynna postać Dzwonnika z Notre Dame nazywał się tak na cześć niedzieli po Zmartwychwstaniu) przypomina i uczy nas chrześcijańskiej radości. Pytanie więc od razu, a czymże jest ta radość? Tu wychodzi na wierzch paradoksalny charakter samej wiary, bo każe ona widzieć pozytywy tam, gdzie na pierwszy rzut oka ich brak, natomiast w dobrej zabawie widzi grzech. Chrześcijańska radość jak wyczytałem u jednego autora jest nieco poważna, a powaga z kolei radosna. Paradoksalność nie dotyczy tu tylko natury rzeczy, ale przede wszystkim wypaczenia radości we współczesnym świecie, gdzie sprowadzono ją jedynie do kabaretu lub stanu fizycznej przyjemności. To potęguje niezrozumienie radości prawdziwej.

 

Radość musi odnosić się do duchowej strony człowieczeństwa. Dlatego im bardziej zwracamy się w stronę własnej duszy i Boga, tym bardziej wysublimowanej radości będziemy doświadczać. Nie można jej porównać do sumy przyjemności, która, jeśli związana z nadmiarem, powoduje obrzydzenie. Radość musi sięgnąć głębszych podstaw bytu, a nie tylko ślizgać się po powierzchni, mieć charakter naskórkowy. Tak więc radość to rzecz duchowa, nie rozwinie się ona tam, gdzie duch jest ściśnięty, dopasowany do niewielkiej przestrzeni nieużywanego serca. Głębia radości jest możliwa w sytuacji szerokości ducha, magnanimitas, larganimitas – wielkoduszności. Od razu pojawia się tu łączność z dobroczynnością: kto użycza drugiemu człowiekowi ze swoich dóbr, ten odczuwa radość. „Radosnego dawcę miłuje Bóg” (2 Kor 9, 7). Myślę, że każdy potwierdzi tę prawdę, że jałmużna dowartościowuje dającego. Może dlatego też Adwent to czas radości z pomagania, dostrzegania, że na święta trzeba się przygotować poprzez dobre uczynki, bo one przyniosą tak konieczną radość świętowania. Ewangelia dzisiejsza mówi nam „Kto ma dwie suknie, niech jedną da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni”. Dlatego w Adwencie organizuje się tyle akcji charytatywnych. Dzielenie się, a ogólniej dobroczynność, jest warunkiem koniecznym radości wiecznej, czyli nagrody Królestwa Niebieskiego, wiecznego Bożego Narodzenia. Bóg przychodzi na ziemię jako dar, co sprawia niezwykłą radość aniołom i całemu niebu, tak że jest ona odczuwalna przez ludzi. Zaraz ta radość przekłada się na podarunki składane przez pasterzy i okolicznych mieszkańców, a następnie już przez „profesjonalne” dary mędrców. Radość budzi ducha i wylewa się w postaci darów.

Kryje się za tym głębsza myśl, która wiąże radość nie tylko z okazjonalnie czynionym dobrem, niejako na wzór heroicznych czynów, sprawdzianów człowieczeństwa w zetknięciu się z biedą itp., ale w ogóle z cnotą, czyli czynieniem dobra szybko, łatwo i z radością. Człowiek cnotliwy to człowiek szczęśliwy. Radość jest w jakiś sposób związana z czystością sumienia, sprawiedliwością. Kto nie jest obciążony grzechami promieniuje radością, kto natomiast ulega słabościom ciała, ciągle się smuci, nawet nie wiedząc czemu. Zachodzi zatem związek między tematem Adwentu, czyli sprawiedliwością, która przyjdzie, a radością. Ludzie dobrzy cieszą się z przyjścia Pana, natomiast źli bagatelizują lub chcą je ze strachu opóźnić, żeby ich przestępstwa nie wyszły na jaw. Ponieważ wszyscy jesteśmy grzesznikami, to radość nasza jest w pewien sposób przyćmiona, jest to radość w drodze, niepełna, domagająca się oczyszczenia. Stąd miłosierdzie Boga udoskonala w nas radość i daje przedsmak radości wiecznej. W naszej radości jesteśmy zależni od łaski Bożej, dlatego duchowa radość jest w pewien sposób relacyjna, zależy od stanu łączności z Bogiem. W pierwszym czytaniu mowa jest o radości z obecności Bożej, którą doświadcza się w czasie teraźniejszym. Zatem Bóg nie jest Bogiem odległym, ale bliskich, trzeba jednak tę bliskość odkryć – „Pan, twój Bóg jest pośród ciebie, Mocarz - On zbawi”. Radość bierze się z mocy Bożej, która w najwyższym wymiarze oznacza dla człowieka zbawienie, co także wiąże się z największą radością, radością zupełną, bo już nie ma żadnego cienia zła. To jest jednak z najważniejszych prawd Adwentu, że Bóg jest i zarazem przychodzi. Nie ma tu sprzeczności, bo problem leży po stronie człowieka, dla którego Bóg jest zawsze odległy. Jego przyjście oznacza zmianę w nas, a wyczekiwanie tej zmiany rodzi radość adwentową. Jest to obecność zapośredniczona przez wiarę. Wiara jest pewna, ale jeszcze nie rozkoszuje się swoim przedmiotem, czyli Bogiem. Podobnie z Bożą obecnością, którą w wierze mamy już teraz, ale jeszcze nie posiadamy w pełni. Mamy w obrazie, ale nie w rzeczywistości (słynne „już i jeszcze nie” W. Pannenberga). Radość jako przedsmak raczej bywa niż jest w określonych momentach czasu, dzięki czemu z jeszcze większym wytęsknieniem wyczekuje się pełni.

Sam humanizm, jak widać, nie wystarczy. Autentyczna radość jest obcowaniem ducha z Duchem absolutnym, czyli Bogiem. Domaga się zatem rozwoju duchowego. Stąd Adwent jako czas radości jest także czasem ascezy (choć jest to aspekt nieco zapomniany), czyli ćwiczenia ducha. Ciało może przeżywać nawet cierpienia, a mimo wszystko duch może się radować – jest to jednak wariant skrajny, choć możliwy. Święci cierpieli jako ofiara przebłagalna jednocześnie doświadczając niewysowionej radości – św. Paweł pisał wręcz o trzecim niebie (2 Kor 12) oraz o cierniu w jego ciele. Podstawą będzie tu poznanie samego siebie, bo od tego zaczyna się praca nad duchem. Koniecznie należy wejść do samego siebie, gdzie – jak pisze autor De imitatione Christi – niewielki jest płomień, który często bywa dodatkowo zagłuszany przez ludzkie grzechy. Dynamizm ducha w jego rozwoju z pewnością wzmacnia poczucie radości. Zachodzi tu różnica stopnia, dopóki człowiek nie pozna co to znaczy duch, to jego radość jest raczej pomieszana z ciągłym poszukiwaniem wrażeń, które same nie mogą nasycić. Radość to nie przyjemność, jak uczy św. Tomasz z Akwinu, dlatego że przyjemności biorą się z ciała, a radość związana jest z wolą. Tam gdzie wola kieruje się ku dobru, pojawia się naturalnie radość. Dotyczy to zatem sprawiedliwości i ćwiczeniu się w cnocie, jak i dobru związanemu z wymienioną wyżej dobroczynnością. Radość w najwyższym stopniu ujawnia się w dążeniu do Boga, celu ostatecznego człowieka, co najpełniej wyraża się w liturgii.

Radość to inaczej stan szczęśliwości – rozkoszowanie się osiągnięciem ostatecznego celu. Nie ma ona (lub nie musi mieć) posmaku zmysłowego. Pojmuje się ją na czysto intelektualnym gruncie – visio beatifica. Odczucia zmysłowe biorą się z doświadczenia wewnętrznego, ale ono nie może być decydujące, bo Bóg jest duchem. Zatem stan chrześcijańskiej radości to usilne dążenie do celu, zapominając o tym za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną (Flp 3, 13). Ma ona charakter intelektualny, bo cel trzeba dobrze poznać i wytyczyć wszystkie etapy pośrednie, a także wolitywny, bo do celu nieustannie trzeba dążyć. Można co prawda mówić o pewnych przedsmakach wiecznej radości z kilku racji. Po pierwsze mimo utraty raju mamy jakieś mgliste przeczucie owego pierwotnego stanu szczęśliwości. Skoro dziedziczymy grzech pierworodny i jego skutki, to także dziedziczymy też i archetyp możliwości pełnej natury. I choć nie ma powrotu do raju – Biblia wyraźnie tego nie przewiduje, na straży raju stoją cherubiny – aniołowie najwyższego rzędu, to jednak radość bierze się ze spełnienia eschatycznego, w niebie. Przewyższa ona wszelką radość duchową dostępną tu na ziemi, tak jak radość duchowa przewyższa wszelką przyjemność zmysłową. Przyjemności nie sumują się, ale w nadmiarze prowadzą do obrzydzenia, natomiast radości nie ma końca. Jeszcze bardziej można to powiedzieć o radości celu eschatycznego, czyli przebywania z Bogiem, to jest inny poziom nieskończoności Cantora.

ks. Rafał Pokrywiński

2018  Parafia św. Andrzeja Boboli w Siemiatyczach  .;R