logotype
image1 image2 image3

Parafia p.w. Świętego Andrzeja Boboli w Siemiatyczach

Triduum Paschalne dochodzi do swego szczytu właśnie dzisiaj, tej nocy. Nie na darmo tradycja polska tak właśnie określa największe święta chrześcijaństwa – Wielkanoc. Dlaczego właśnie noc? Bo nie wiemy, kiedy dokładnie Chrystus zmartwychwstał, nie było świadków, a może nawet gdyby byli, nie mogliby zobaczyć tego wydarzenia. W każdym razie chodzi o niemożność dokładnego wyznaczenia pory, co potęguje jeszcze odczucie, że mamy do czynienia z Bogiem, którego z definicji nie da się zamknąć w precyzyjne formuły i ramy czasoprzestrzenne. Zmartwychwstanie to bezpośrednie działanie Boga, na które człowiek ma odpowiedzieć adoracją, która zawsze oznacza poświęcenie jakiegoś czasu. Zmartwychwstanie jest nie tylko wstaniem z martwych – tu polskie tłumaczenie jest słabe, sugeruje coś na kształt wskrzeszenia Łazarza. Zmartwychwstanie już należy do innej rzeczywistości. Jak ktoś chce dokładniej na płaszczyźnie fizycznej zbadać ten proces, niech przestudiuje Całun Turyński – materialny świadek zmartwychwstania.

Jesteśmy w punkcie kulminacyjnym tzw. Triduum sacrum, świętych trzech dni, co sugeruje, aby traktować te trzy dni łącznie. Żeby wyciągnąć więcej sensu ze zmartwychwstania, trzeba je widzieć razem z Ostatnią Wieczerzą i wydarzeniami męki. Można śmiało powiedzieć, że jest to najważniejszy okres w ciągu roku i najkrótszy. Oczywiście, to nie jego długość decyduje o randze, ale raczej „gęstość” tych Trzech Dni. Nie jest to po prostu Msza w Wielki Czwartek, adoracja krzyża w Wielki Piątek i dzisiejsza Wigilia Paschalna – trzy punkty, ewentualnie procesja rezurekcyjna. Raczej są to trzy wierzchołki pośród całej przestrzeni świętego czasu, traktowanego łącznie. To dlatego trwamy na adoracjach, te trzy dni trzeba przeżyć w sposób ciągły. Jest to oczekiwanie na Boże działanie, a jednocześnie czas wielkich dzieł Bożych – magnalia Dei, o których słyszymy w dzisiejszych czytaniach.

Bóg wysłuchał prośby Jezusa, ale przyszedł Mu z pomocą po trzech dniach. Jak trudno jest wytrzymać w modlitwie przed Bogiem. Szczególnie doświadczamy tego, kiedy o coś gorąco się modlimy i liczymy na błyskawiczny efekt. Ten jednak nie następuje i zaczynamy oskarżać Boga, że nie słucha. On natomiast jest na tyle mocny, żeby człowieka wysłuchiwać. Ma moc, aby dać więcej, ale trzeba wytrzymać trzy dni – trzeciego dnia zmartwychwstał, jak recytujemy w Credo. W Starym Testamencie jest powiedziane, że Bóg nie pozostawi sprawiedliwego bez opieki i na trzeci dzień przyjdzie mu z pomocą (Oz 6, 2). Trzeci dzień odnosi się do liczby trzy uważanej za boską, a skoro tak, to właśnie trzeciego dnia działa tylko Bóg.

Cóż znaczy, że trzeba odczekać trzy dni? Bóg to nie jest maszyna, która musi funkcjonować po wciśnięciu guzika. Nawet drugi człowiek, kiedy go o coś prosimy, nie działa na rozkaz. Gdzie mamy do czynienia z wolnością, tam musi być przestrzeń czekania, wytrzymania, zaufania. Wolność nie ma nic wspólnego z mechaniką, gdzie nie ma żadnego czasu między akcją i reakcją. Przyciśnięcie guzika musi pociągnąć za sobą oczekiwany efekty, chyba że maszyna jest uszkodzona. Nawet wpisane w program opóźnienie nie jest wolnością, a po prostu przynależy do mechaniki guzika. Kiedy zaś stają naprzeciw drugiego człowieka, wolnego podmiotu, to pojawia się przestrzeń osoby. Ona z kolei przyjmuje do siebie dane polecenie, widząc w nim zawsze coś więcej niż tylko rozkaz. Niejako asymiluje w siebie także proszącego (widać tu różnicę jeśli chodzi o stopień personalizmu między rozkazem a prośbą) i pojawia się szansa na autentyczną komunikację, która dopiero kończy się jakimś działaniem. Ale samo działanie jest zanurzone w środowisku osobowym, a nie rzeczowym, więc na pierwszy plan nie musi wysuwać się efekt, ale na przykład zmiana dokonująca się w samym człowieku, uzewnętrznienie się miłości, podniesienie przyjaźni na wyższy poziom. W przypadku Boga wszystko zostaje spotęgowane: Ojciec wskrzesza Syna, a przez to objawia wewnętrzne relacje w Trójcy. Zmartwychwstanie to wielka Ewangelia, mówi nam więcej niż wszystkie słowa poprzednie razem wzięte.

Przenosząc to na naszą płaszczyznę ludzką, oczekiwanie na nadejście Bożego działania obejmuje nawet wejście w śmierć. Bóg okazuje się Bogiem nie przez to, że sztucznie przedłuża ludzkie życie tu na ziemi, które to przedłużanie często jest dodatkowym cierpieniem, ale wybawia od śmierci na swój sposób, czyli dając życie wieczne z sobą. Nie chodzi jedynie o wysłuchanie tej czy innej prośby, nawet o zdrowie, ale o największą prośbę człowieka, czyli o zachowanie od rozkładu śmierci. Bóg odpowiada na nią, ale odpowiedź obejmuje konieczność trzech dni, z których każdy jest większy – wejścia za próg śmierci z nadzieją, że zostaniemy wybawieni. Po ludzku nic już nie da się zrobić, ale nie jest to problem dla Boga, On pokonuje śmierć i w tym właśnie objawia się Jego największe działanie nieporównywalne z niczym innym. Im kto bardziej wejdzie w Triduum męki, śmierci, tym mocniej doświadczy zmartwychwstania. Dla tych wszystkich, którzy są niecierpliwi natomiast pozostaje liczyć na własne siły. Uzdrowienie, wysłuchanie w codziennej sprawie może nastąpić natychmiast, ale największe dzieło, czyli pokonanie śmierci, musi obejmować czekanie, przetrwanie nocy i zejście w otchłań krzyża. Izraelici musieli wejść w Morze Czerwone, które dla nich było symbolem śmierci. Żydzi bali się ogólnie wody, dlatego przejście przez morze musiało być dla nich nie tylko spektakularnym cudem, ale przejściem przez śmierć. Nie zapominajmy, że z tyłu gonili ich Egipcjanie, aby pomścić się za śmierć pierworodnych i ponownie uczynić ich niewolnikami. Musieli zaryzykować na słowo Boże okazać odpowiedź wiarą w moc Bożą, bo ludzka nic nie pomaga w takiej sytuacji. Wody Morza Czerwonego stały się obrazem chrztu, kiedy człowiek pozwala się Bogu zanurzyć w wodzie, która normalnie by go uśmierciła, a następnie doświadczyć mocy Jego działania. Tak rodzi się wiara, czyli coś fundamentalnego, nie tylko jako zespół obrzędów czy tradycji starszych, święconka, ewentualnie pacierze czy ceremonie kościelne. Wiara to coś fundamentalnego, co obejmuje sobą życie i śmierć, jest uratowaniem z otchłani wód grzechu i śmierci zatapiających nieustannie człowieka. Podobnie Jezus nie schodzi z krzyża, żeby uczynić spektakularny cud i żeby według obietnic szydzących faryzeuszów oni mogli w Niego uwierzyć. On natomiast wytrzymuje poniżenie i cierpienie krzyża i schodzi w śmierć.

Triduum, czyli trzy święte dni, wydobywa esencję ludzkiej wiary, która polega na oczekiwaniu na Boże działanie i modlitwie o nie. Kościół modli się nieprzerwanie od Czwartku. Także dzisiaj adoracja przedłuży liturgię na całą noc. Zmartwychwstanie jak to próbuję pokazać w tej homilii nie jest wydarzeniem porównywalnym do wybuchu jakiejś substancji, do fajerwerków, ale dokonuje się w ciszy wiary, co oznacza że przemiana rozpoczyna się od ducha, a dopiero później obejmuje ciało. To jest praktyczne wejście w tajemnicę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Skorzystajmy z tej szansy. Chrystus zmartwychwstał, ale wejść w przestrzeń Jego zmartwychwstanie może tylko ten, kto czuwa razem z Chrystusem cierpiącym i umierającym na krzyżu. Dla Piłata czy Judasza nie ma zmartwychwstania. Antycypujemy już dziś wieczorem radość zmartwychwstania i oczekujemy na przyjście Zmartwychwstałego do każdego z nas. xrp

2018  Parafia św. Andrzeja Boboli w Siemiatyczach  .;R